PJN = Patomorfologia Jest Najważniejsza
Jak się mam?
Zachowując polityczną poprawność i pogodę ducha: świetnie.
Oprócz tego, wybaczcie, ale niestety, muszę to gdzieś zapisać.
Gdyby ktoś kiedyś usłyszał, że ma do wyboru następujące stany: posocznica, bakteremia, toksemia, ropnica, zakażenie wieloogniskowe, to niech strzeże się ropnicy.
Brzmi bardziej niewinnie niż zakażenie wieloogniskowe – ale niesie ze sobą zdecydowanie najpoważniejsze konsekwencje i opisuje najcięższy stan z wyżej wymienionych.
W najlepszej sytuacji byłoby chyba mieć bakteremię, która utożsamia obecność w krwiobiegu bakterii chorobotwórczych uwalnianych do tegoż okresowo, ale w warunakch dostatecznych zdolności obronnych organizmu. Istotne jest tu, że owe bakterie (bądź inne drobnoustroje) – nie rozmnażają się wówczas i nie powodują zmian toksycznych.
W następnej odsłonie – toksemia, czyli obecność toksyn bakteryjnych w krwiobiegu. Li i jedynie toksyn, bowiem całe komórki bakterii zostają tam gdzie osiadły, czyli np. w ranie (pałeczka tężca) czy w drogach oddechowych (pałeczka błonicy).
Zakażenie wieloogniskowe oznacza tyle, co otorbione tkanką ziarninową i łączną stałe lub nawrotowe źródło bakterii siejących się do organizmu z racji braku całkowitej izolacji, usadawiają się najczęściej w migdałkach lub zatokach.
Posocznica, wszem i wobec znana i nielubiana, oznacza stan, w którym drobnoustroje (bakterie, grzyby, wirusy) i ich toksyny dostają się w sposób ciągły lub okresowy do krwiobiegu i tamże się rozmnażają. Bezecne!
No i wreszcie – ropnica = stan, w którym bakterie osadzają się w narządach tworząc ropnie przerzutowe.
Dziękuję za uwagę. Dobranoc.
Strangely weird, weirdly strange..
Zbierała się już kilka razy. Wkładała rękawiczki, muskała wzrokiem niepatrzącym wnętrze pokoju i zbierała się do wyjścia.
Stawała jak wryta za każdym razem gdy przełykając ślinę powracało to błogie, nieznane od dawna uczucie ulgi.
W czymże jej te wełniane rękawiczki, wkładane i zdejmowane pozwoliły ulżyć?
Może w tym, że w końcu ma też na sobie buty, a to niezawodnie prowadzi do drzwi wyjściowych, a to sugeruje, że jak się je otworzy i nikt nie stoi za progiem żeby go zaprosić do środka, to może się odważy wyjść w końcu na zewnątrz.
Jeśli w drzwiach nikogo nie ma to pretekst aby zostać w domu znika. Zwłaszcza, że spółdzielnia, mimo kryzysu, hajcuje w kaloryferach bez umiaru i ona właśnie czuje jak wypacają się we wszelkich zakamarkach jej ciała całe dżule albo i kilodżule tego ciepła. Wyjść. Wyjść..
Stoi dalej, stroi miny przed lustrem, jak małpka nieudaczna. „Wyjść- podpowiada ośrodek przegrzania. – Schłodzić umysł”. Ale co jeśli na samym dole, jak już zatrzasną się za nią automatyczne drzwi uczucie ulgi minie? Co jeśli zechce powrócić w te swoje cztery zielone ściany? Postanowi nagle spędzić dzień zawinięta w koc, otoczona parującmi kubkami z herbatą, z nikim innym tylko własnym nieudacznikiem. Samą sobą.(?)
Pytanie retoryczne ze stycznia ubiegłego roku.
Let’s just run away..
Nothing but the past is done…
Długa nieobecność. Szczęśliwie nie wieczna. Pozmieniało się tyle wokoło. Pajęczyna zniknęła spod parapetu, ktoś pozbierał okruszki zalegające od zawsze w zakamarku fotela, popielniczka stoi od teraz na podłodze, światło słoneczne nie plami już przeciwległej ściany. Tyle zmian. Tak to wszystko teraz inaczej wygląda.
W wielkich zmianach tylko szczegóły są ważne.
Brudna ściana na wysokości łóżka, które wyjechało szukać innej ściany. Widok zza szyby, oszałamiające bzy, rwetes ptasi. (Rwetes – jako szcześciolatka nie mogłam pojąć co to i zostało tak do dzisiaj, bo to chyba coś więcej niż chaos..)
Pozostałości po chwilach: sylwestrowe serpentyny omszałe. Tak, 2007 to był dobry rok, należycie został przywitany i był dobry. Suszone paprotki różane, milion bibelotów, zakurzone bilety do kina, spinki, guziki, pęsety, papiery, szpargały, spinacze, wykradane latami laboratoryjne drobiazgi. Wszystko znoszone do dziupli, do jednej szuflady. Całe lata pachnące wiosennymi kanapkami ze szczypiorem, marcowym dymem mentolowym – wszystko zamknięte w jednej, jedynej szufladzie. Jak jej powiedzieć, że to koniec?! Jak przekazać, że teraz musi się wyprowadzić, zabrać gdzieś ten cały grajdoł i gromadzić rzeczy gdzie indziej?!
Nie trzeba mówić. Wystarczy w ciszy przesypać te skarby do foliowego worka, rzekomo degradowalnego – i wynieść w ciszy na śmietnik. Na ten sam, na który trafiły wszystkie nieznośne buty, nadgryzione przez mole apaszki, zardzewiałe weki, plastikowe i szklane badziewie..
Pora się rozstać. Pora zacząć gdzie indziej.
Wpis powstał 24 maja 2009 roku.
Rozstaliśmy się wtedy z Wallenrodem. Każdy z nas zabrał po kawałku szkiełka mędrca i wyruszył w swoją drogę. Daleko się nie rozsypaliśmy, raptem po innych ulicach, częściowo za kanałem La Manche. Daleko nie odeszliśmy od tego sedna, które spajało nas przez tyle lat – nadal krzyżujemy się gdzieś po drodze – do pracy, na uczelnię (dla niektórych to to samo
, w wieczory wspominkowe przy grzańcu..
Oby jak najdłużej.
Whatever
Wyangielszczone.
Wszyscy szukają frazy „napij się ze mną wina..”
Chętnie się napiję – w obrębie lubelskiego jestem u siebie
Jakoś tak się dziwacznie składa, że nic się nie dzieje. Nothing man. Nothing happen. Przesłania wszystko wstawanie poranne, jogurty na śniadanie, kawa przed 10.00, pierdoły mniej lub bardziej. Nawet pisać nie ma o czym. W melanocholii mejlowej, mnie też naszło na wspominki (już pominąwszy doszukiwania się podobieństw na zdjęciu ślubnym dziadków) – przypomniał mi się film Burtona: Big Fish. Zdecydowanie odhaczony do „odświeżenia”. Ogladałam go ostatnio tysiąc lat temu, i to bez napisów – kiedy moja znajomość angielskiego nie widziała drugiego dna w „pick up cherries”
Do obejrzenia ponownie. I do przesłuchania również. Bo w soundtracku swój udział ma nie kto inny tylko Pearl Jam.
Man of the Hour. Dzisiaj. Dla tych, którym deszcz pada na kark, a na głowę spadają inne przedmioty.
I start the day in a usual way..
Kończy się też typowo…
I’m just sitting around..
La Carillon – wyborne, choć zalało klawiaturę.
La Corona Extra – bo wkłada się ćwiartkę limonki w szyjkę i dopiero z kwaśnym posmakiem smakuje extra.
La Lublin – przebrzydły. Takie to pejoratywne, a zarazem pieszcztoliwe.
La wstawanie o 6.00 rano – z tego klasa robotnicza nie musi się tłumaczyć.
No i Tori Amos. Chyba zostanie na stałe w bibliotece Last.fm
I na marginesie – nie mówi się płonne (WTF?!) nadzieje, tylko PŁONE!
Modlitwa wieczorna: Od ognia, zarazy i analfabetów (także emocjonalnych), uchowaj nas Panie.
Dziękuję. Dobranoc.
Here comes your man
Dosłownie.
Porusza się powoli, właściwie – to nie porusza się prawie wcale.
Siła głupich filmów oglądanych po północy, mundialowe emocje, biedronkowe wydatki – i reminiscencje The Pixes.
Zasię, z kłosów posypało się ziarno..
„Odrobina kultury jeszcze nikogo nie zanudziła na śmierć”
Coś w tym jest, czemu zaprzeczyć po wczorajszej nocy nie mogę. Wybrałam się na Noc Muzeów. Co prawda nie spędziłam tam całej nocy, bo grubo przed 22 wzięło mnie na ziewanie, jednak niemal 4 godziny w otoczeniu rzeczy, które są starsze nie tylko ode mnie; od mojej mamy; ale ode mnie, mojej mamy i mojej babci razem, sprawiło, że poczułam jak ważny jest czas. Ważny i niedoceniany. Nie myślę tu o marnowaniu czasu na oglądanie pasjami amerykańskich seriali, mniej lub bardziej śmiesznych (How I met your mother), ale o tym ile po czasie z nas zostaje. Pozbyłam się wczoraj kompleksów, że być może po mnie nie zostanie nic, bo dotrało do mnie jak bardzo przewrotne są niektóre historie i jakie niekiedy czas płata figle, i zaskakujące jest jakie rzeczy ocala od zapomnienia, żeby setki naukowców mogło się nad tym głowić (bo czyż filiżanka z kogutem, na której dnie jest napisane: nasza przyjaźn będzie trwała tak długo dopóki ten kogut nie zapieje – nie była wspaniałym prezentem dla przyjaciela? A może od przyjaciółki….).
Z ciekawszych rzeczy – [a trzeba tu wiedzieć, że zamierzam wcielić w życie zasadę Pilcha: dotąd przeglądam kanały w TV aż znajdę program, który będzie wnosił w moje życie coś wartościowego (zamierzam: czyt. zrobię to jak skończę wszystkie sezony How I met your mother)] – może nie wiecie, ale konserwacja obrazów jest niesamowicie trudnym zajęciem, w którym nie tylko pojawiają się takie słowa jak dublaż, ale nawet takie, których nie jestem w stanie teraz powtórzyć, ani nawet ze strzępków sylab wygooglować.
Co do dublażu, to jest to zabieg naciągania/przenoszenia starego obrazu na nowe płótno, aby czas spokojnie mógł go zzacząć zżerać ponownie. W metodzie rosyjskiej zdziera się po prostu stare płótno do momentu, w którym zostaje sama zaprawa malarska i farba, podkłada się i doprasowuje nowe płótno. Istnieje jednak spore ryzyko uszkodzenia obrazu i naruszenia jego oryginalnego wyglądu. Dlatego obecnie stosuje się po prostu doklejanie nowego płótna na stare, aby zabezpieczyć obraz przed zniszczeniem. Zabieg wykonuje się na specjalnym stole ciśnieniowym, kiedy po ułożeniu obrazu i zabezpieczeniu go od góry specjalną folią (extrafol) wysysa się powietrze i w warunkach podciśnienia nakłada (zasysa się) obraz na nowe płótno.
Tak też zrobiono z „Ucztą u Heroda” Rubensa (czy też nie samego Rubensa, ale kogoś z jego warsztatu).
Rubens do tej pory kojarzył mi się tylko z „rubensowskimi kształtami” i słynnym Zdjęciem z Krzyża. Po wczorajszej nocy wiem, że był nie tylko mistrzem, ale i nauczycielem, który wypracował swój warsztat i doskonale go utrwalił wśród swoich uczniów. Realizował ogromne ilości zamówień, więc spora część prac sygnowana była nazwą warsztatu Rubensa, gdzie sam mistrz muska jedynie swoje dzieło doprawiając pędzlem to co jest bardziej charakterystyczne w obrazach Rubensa niż pulchne kształty – a więc światło. Jego dziełem na każdym obrazie są załamania i zakrzywienia światła na przedmiotach, w szczególności zaś na błyszczących elementach naczyń czy biżuterii. Tylko mistrz dodawał też postaciom bardzo charakterystyczne, i nie do podrobienia – zaróżowienie nosa, czerwone kropki są podobno jego cechą rozpoznawczą.
Współcześni artyści biorąc pod uwagę warsztat i metody pracy począwszy od wyboru płótna, są tylko leniwymi i gnuśnymi flejtuchami, i jeśli kiedykolwiek ich prace przestaną istnieć w internecie, a z oryginałów odpadnie wierzchnia warstwa farby – popadną w zapomnienie i nawet nie będą mogli liczyć, na to, że ktoś przywróci ich do życia na ciśnieniowym stole. A ironią losu, Rubensowskie dzieła będą nadal trwać i cieszyć oko. A wszystko dzięki fundamentom. Podstawy i zasady są najważniejsze – tak w malowaniu obrazów jak i w życiu. Bez dobrych podstaw, określonych zasad, twarej zaprawy i mocnego kleju – wierzchnia warstwa farby, którą nazywamy dziełem – obnaży pustkę i fałszerstwo talentu (czy też uczuć) szybciej niż nam się wydaje. I wiem co mówię – potwierdzają to nie tylko moje wlasne życiowe doświadczenia, ale i fakt, że ponad 300letni obraz Rubensa wisi w lubelskim Muzeum na Zamku i ma się lepiej niż kiedykolwiek. Sekret stanowi warstwa brązowej imprimatury, która jest wszędzie tam, gdzie są mocne, ciemne cienie, które trwale są przypisane określonym partiom obrazu (w Uczcie u Heroda, np. cień pod amboną). Tam gdzie cień jest tylko załamaniem światła na zakamarkach jasnego obrusu, brązowa warstwa pokryta jest szarą imprimaturą. To są lekkie cienie. Kilka warstw zaprawy, imprimatur – to jest Rubensowski warsztat, który pozwolił lubelskim konserwatorom ze zniszczonego płótna odzyskać jego piękno i duszę. Zadanie mieli tym bardziej utrudnione, że poprawiali fuszerkę, którą ktoś odstawił kilkadziesiąt lat wcześniej. To dzięki mocnej zaprawie i porządnej podbudowie całego dzieła (głównie) – udało się odnowić obraz. I z racji tego, że moje słownictwo ubożeje od oglądania seriali, mogę to skomentować tylko: uau, it’s legen..dary.
Nie spodziewałam się, że w muzeum może też być śmiesznie. Za sprawą Pana (nie pomnę nazwiska), który z wielkim zaangażowaniem i zastosowaniem modnej ostatnio interaktywnej metody nauczania(miał mnóstwo niezbędnych rekwizytów, z kołowrotkiem i szplachlą do wyjmowania chleba z pieca włącznie), opowiadał o strzygach, zmorach, wampirach, rusałkach, dusiołkach, latawcach, ubożątkach i innych ludowych stworach.
Nie zapomnijcie rozsypać maku przed drzwiami i postawić miski z kaszą na progu, aby ochronić swe dusze i domostwa…
…chociażby przed Południcą.
Welcome back..
Nie żądamy niczego.
Nie prosimy o nic. Nie marzymy o niczym.
Wytarta formułka „spełnienia marzeń” nabrała po ciocinych życzeniach nowego wymiaru: i oby nasze spełnione marzenia nas nie rozczarowały.
Dawno mnie tu nie było. Tłumaczyć się nie będę, powiem tylko, że to, że tu jestem to jest właśnie to: spełnione marzenia nie zawsze są tym czego byśmy chcieli..
Wpisów mam wiele, z wielu dat sprzed 3 Maja 2010. Są nic niewarte, dlatego nigdy się tu nie znalazły.
Tyle miałam zapamiętać, tyle miałam czuć, tyle miałam mieć, tyle miałam kochać, i tak niewiele z tego zostało.
..And it leans on me just like a rootless tree. So fuck you, fuck you..If you hate me, then hate me so good that you can let me out of this hell when you’re around..Let me out..
Welcome on the board kjklj, says the WordPress
Welcome, welcome…
Nie żądamy niczego…
Halo! Halo!
Tutaj ja. Jak zawsze. Zawsze. Po prostu.
W sieci zależności, w sieci utkań, potknięć, mgnień
W mgnieniu oka, w mig śmiga
Rybce kierpce, podróż długa
Snu sobota, zasnuwa pokotem
W ciszy wieczoru..
Odkryła ostatnio, niedawno – zupełnie nie przypadkiem, a specjalnie, z polecenia - Powstanie Warszawskie - i przejmująco ją to ujęło, i trzyma w imadle słów i rytmu marszowego od rana po wieczór. Od dna po powałę. Aż się cienie wydłużają, kładą pod nogi i przewracają na złość…
Łacno i nieskładnie
Licznych nikt nie słucha…
Lao Che „Stare miasto”
Halo..halo..
Stało, stało
Mało, mało
Boso, boso
Trwale, trwale
Stale. Wcale.
Lao Che „Zrzuty”
Blog Roku 2008
Popielnik powstał jako czujwające ciepło spraw codziennych, które są moje i tylko moje. Tak, to prawda. Taki był zamiar. Stał się ostatnio raczej spalarnią wszelkich frustracji i emocjonalnych rozeterek przemycanych między słowami. To też jest jakaś budująca jego funkcja. Można ten ładunek słów kierowanych do kogoś odrobinę uśmierzyć i umieścić tutaj. Jak zechce to przeczyta, jak zechce bardziej to zrozumie. Miał być mój, i tylko mój. A raczej miał być swój i tylko swój. Uniósł się jednak ostatnio razem z falą zmian i reform jakie tu się planują. Czekają one wszelako wpisane w brudnopis, bo ‘na wszystko przyjdzie czas i pora’. Z uniesień i przemyśleń, przeglądając portale informacyjne, między newsem o osunięciu się zbocza góry w Gwatemali, a spadkami walut na giełdzie, doszedł do wniosku, że jest jak ten Icek z dowcipu o loterii. Bardzo chciałby trafić szóstkę, ale nic w tym kierunku nie robi. Tak więc oto, wysłał Popielnik los na loterię, żeby zwiększyć swoje szanse. Swoje, moje. Jak mawia Madzia: ” w naszej komunie, nie ma twoje, nie ma moje, jest nasze”. Reguła w domyśle dotyczy wszystkich zaimków dzierżawczych i (o dziwo!) zazwyczaj jedzenia. Bo student jest zawsze nie tyle głodny, co nienajedzony.
Tak więc, zupełnie spontanicznie i nie myśląc o nagrodach, bo nawet w życiu nie marzył o czymś takim jak skuter, bo nawet nie wie na co to jeździ, zawsze, tak jak ja, preferował urządzenia napędzane energią własną, czyli np. rower czy trąbkę, w którą można zadąć i też głośno burczy, napisał słów kilka i już jest w zestawie konkursowym.
Tak oto go scharakteryzowałam:
„Gdzieś w epoce Wielkiej Smuty utknęła owa iskiereczka co mrugała z popielnika. Wyrwać się nie może, więc poniekąd trochę tworzy nieboże. Słowem”.
należą się tu przypisy i objaśnienia: Wielka Smuta nie ma nic wspólnego z tą znaną z książek historycznych, jest to swobodna wariacja dotycząca małych smutków, które poważniej brzmią gdy są wielkie, a mniej poważnie gdy są smutami. Z moją rusofilią też się tego powiązać nie da, bo to czysto hobbystyczna pasja. Mrugać, czyli kokieteryjnie ocierać powieki o gałkę oczną w tempie zauważalnym przez inną osobę. Wyrwać się, czyli wyjść poza siebie bądź na zewnątrz czegoś, w czasie kiedy powinno się być w środku. Poniekąd – nie wiem co dokładnie oznacza, ale wielce miłe mi jest brzmienie tego słowa.
To by było na tyle tytułem wstępu, o ciekawszych rzeczach można poczytać w zakładce Blog Roku 2008