pamiętam tę drogę
Chciałaby powiedzieć, że lubi swój dom wariatów, że lubi tam wracać. Bo ustaje wtedy głód powszechny i mija rozstrój żołądka. Lubi tych wszystkich trzeźwo myślących domowników, przywiązuje się do tych upijających się, nie tylko momentami.
Zdobyła się nawet na gest, w końcu jedną ma tylko taką Katarzynę, bardzo upartą w swym skąpstwie, ale nieocenioną w radach. A jak się dobiega słusznego wieku, to prezenty cieszą po stokroć na sto lat, każdego.
Więc pękam z dumy, bo Ona nie znosi zakupów. Przemyka chyłkiem między regałami, trącana przez zakupowe hieny traci pewność siebie i popada w rezygancję, która z pustym koszykiem wiedzie ją do myśli – ‘byle się stąd wydostać, byle się tylko stąd wydostać’.
A dzisiaj proszę…bach..bach…bach…lata sobie bach bach bach, i pstryk! jest!
….kiczowaty miś koala.
Dzielnie też walczy z SAD. Sennością przewleka igły oporne i zaszywa na okrętkę wór pełen niemocy, niech się szamoczą wespół ze zmęczeniem, co osłabia chęci i spowalnia reakcje. Była dzisiaj szybsza od miejskiej komunikacji, tak punktualna, jak linia 10 nigdy nie bywa. Nie dała się wchłonąć zwodniczej ciemności, chociaż czasem jeszcze się nabiera na te zimowe dni, co są jak noc, i je przegapia. Przytomność spędza wtedy na obawach, co drżą w uśmiechu. Bo bywa, że boi się, że zniknie, a jeśli nie zniknie to, że znikczemnieje.
Ale kto?
Tego nawet sam ja nie wiem.
Uruchomiła też ponownie żółte karteczki, wie że żółty jest także MTT, że Amishe nie noszą guzików, a optymizm bierze się z nas samych.
homies=ziomal
get medieval on your heinie=zrobic komus zdupy jesień średniowiecza
chores=everyday duties
shun=avoid
I że myśli domagają się słów, a słowa czynów. Ona lubi to pismakowanie, musi się tylko bardziej starać, obezwładniać brak czasu, drapać częściej w ucho, niekoniecznie swoje, ale prawe.
I wie, że nastał ten czas kiedy sięgnąć należy po jakieś obfite, kształtne i zmysłowe pozycje….
akademickie.
I, że ‘najeść się zielopoty’ można nie tylko w sadzie, bo ludzie też bywają niedojrzali i surowi i powodują niestrawność.
Nie mylić zielopoty z zielepachą.
….a wszystko to spłynęło w drodze, gdy jej świat kołysał się z prędkością 40 km/h….
“- Życzę Ci, żebyś dotarł tam dokąd zmierzasz i żebyś tam zaznał szczęścia.
- Zawsze jakoś sobie radzę, i tak czy siak jadę przed siebie”
zasłyszane od Magdziorka.
Des Moines, czyli jak odkryto legendę…
Odgrzebano, wydobyto ze skrzyni niebytu, wyciągnięto na światło w zakresie widzialnym, otrzepano z pyłu i zaczęło grać. Oto jest. Des Moines,
niecierpliwi kochankowie
Podsłuchane na bruku lubelskiej starówki.Między zabytkowymi kamieniczkami hula wiatr. Ona przybiera ton histerycznie płaczliwy. Spod ściągacza kurtki wystaje fragment pleców, prosto z solarium, załamuje dramatycznie ręce sięgając jego piersi. On, ma białe adidasy i żuje gumę. Prowadzą dialog.
On: Chodźmy do ciebie.
Ona (przepraszająco): ….ale misiu, nie, do mnie nie….
On: To chodźmy do mnie.
Ona (płaczliwie):..misiu zrozum…może pójdziemy na spacer, do parku?
On: Nie. Nie. Spacerowaliśmy wczoraj. Wystarczy. Dzisiaj idziemy albo do mnie, albo do ciebie. A jak nie, to koniec.
Ona (histerycznie): To już chodźmy do mnie.
nocne czuwanie
Jakem Popielnik czuwam, zwłaszcza w nocy. Przewijam film od nowa, projektuję nowe zdarzenia, obserwuję, notuję pilnie.
Wczoraj się zapomniałem, bo euforii nie było końca.
Dołączył do nas Dexter, mały, brązowy, z uchem na bakier, dźwigający przy obroży obietnicę z kapsla po soku Tymbark, “nie ma rzeczy niemożliwych”.
Tylko suchy nos zdradza, że sprawami bytu powszedniego jak i dawaniem głosu, a tym bardziej dawaniem z siebie wszystkiego, zajmował się nie będzie.
podarta między wiersze
Taka rozproszona jest po wszystkich kątach dzisiaj, nieuporządkowana, zdecentralizowana, w sobie zapadła.
Gdybym jej nie znał dobrze, zaryzykowałbym jakąś śmiałą teorię, może jesienna depresja? może chandra? może brak snu?
Na szczęście znam ją lepiej niż dobrze, i wiem, że jeśli tylko krząta się bez celu, wałęsa po pokojach, przemierza boso posadzki, wita poranek po południu, oznacza to jedno….
wszechlenistwo międzygalaktyczne….

Beryl Cook,”Bryant Park”
Taka już bywa,
niechlujna i beztroska, by tego nazajutrz żałować,
odprężona i swobodna, by wiedzieć, że w chwili obecnej żałować nie można niczego.
oto ja
I tak się zrodziłem, z popielnika, w listopadowy wieczór.
Stąd imię, Popielnik.
Teraz muszę być z metra cięty, gotowy na wszystko, wyspany, chłonący wszelkie bolączki i niepewności, a przede wszystkim odporny na antyinformatyczną ingerencję w moje wirtualne jestestwo, bo owa istota gotowa mnie zniszczyć,
i cierpliwy, bo to kobieta.
Ona, demiurg przy klawiaturze.
gdy nadchodzi wieczór….
……wydłużają się cienie, i milknie zgiełkliwy świat,i przemija gorączka życia i dzieło nasze dobiega końca…
moje dopiero się rozpoczyna.
wypadając z płomieni,
wprost w popielnik.