Napij się ze mną wina co konkretną moc trzyma! cd…
I przyszedł wieczór drugi. Miał być spokojny i wyciszony. Książka w dłoni miała niwelować efekt somnogenny huczącego za oknem wiatru i zapewnić pełne skupienie na sprawach otoczkowych antygenów termolablinych.
Tymczasem rozdzwonił się telefon pełen gratulacyj i propozycji, aż żal było nie skorzystać z ostatnich dni swobody.
Od jutra jednak zakuwamy…umysł w kajdany niewolniczej pracy intelektualnej!
Aha, czasem zdarza się tak, że jakaś melodia ni stąd ni zowąd dosięgnie naszych myśli i natrętnie się po nich szwęda. I nawet wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że w ślad za melodią nie przychodzą do niej żadne słowa.
Człowiek cierpi wtedy katusze, bo nuci ją ciągle urywając w momencie, który dałby odpowiedź na pytanie, jaka to melodia?
Być może chodzi o tą:
Możesz więc przestać się dręczyć.
To ‘Kasta pianistów’.
Bracie, jesteś niezrównany!
A z cyklu – stare przysłowie pszczół mówi: “Nie bądź nigdy filozofem. Nie warto tracić życia na kontemplowanie życia”.
Napij się ze mną wina co konkretną moc trzyma!
Piątki mają tę dziwną przypadłość, że raczą nas obiadem. Tym razem był to debiut kulinarny, leczo według receptury własnej.
Podobno w oryginale przyrządza się je z boczku. Ale też nic w tym dziwnego, bo i cóż Węgrzy mogą wiedzieć o zaletach kiełbasy podwawelskiej?
Miało być tego jadła na dni wiele, ale w studenckiej komunie żadne jedzenie nie uchowa się dłużej niż wynosi MCS (Minimalny Czas Studzenia), więc zniknęło bezpowrotnie. Niestety też bezpotomnie. Następne zapewne dopiero po sesji.
Tak, za sukces wznosi się toasty, ale na to przyjdzie jeszcze pora. Nie wino lało się strumieniami, ale było równie obficie, olfaktorycznie upajająco i pozytywnie. Tylko nazwa nie tak wdzięczna jak np. ‘Sen Sołtysa’
Wszystko dlatego, że On najwidoczniej nie czuje się winny.
Bo to Bajzel po prostu.
Za to jaki!
“God is a sweat running down my back”
Najlepsze rozwiązania przychodzą z najmniej oczekiwanej strony.
Jedno takie przyszło dzisiaj. Pełne było obaw natrętnie brzęczących koło uszu, jąkało się jak spotkało ten wzrok uważny, którego właścicielka swym słowem zdecydowała o naszym losie. Stres zapocił się w rękę, trema zeżarła sens zdaniom. Bóg spływał po naszych plecach. Mimo to, udało się. Możemy rzec: znowu jesteśmy po swojej stronie.
Miało pozostać enigmatycznie, ale zdradźmy, że najtrudniejsze są te rozmowy, w których od nas nie zależy nic. Kiedy poddawani wnikliwej inwigilacji staramy się wypaść jak najkorzystniej. Dzisiaj się udało.
Jeśli powiedzie się dalej zaczniemy wierzyć, że wszystko czego nam brak jest w zasięgu ręki. Bo wszystko czego potrzebujemy już mamy.
Czegóż nam brak?
Całych sznurowadeł.
Powiązań.
Cierpliwości.
Teraz…teraz…”skądkolwiek nie powieje wiatr, ten który powieje będzie dobry”.
Niech nie zabraknie wyzwań!
Zanurz palce w ciepłej wodzie…
“ach, chyba jestem trochę szalony”
Nie ma o czym pisać. Bo i o czym by tu pisać. Nic się nie zjadło, nic się nie widziało, nic się nie popsuło, nic się nie powiedziało, nic się nie stało.
Tylko wróciły dzieci do domu swego rodzinnego.
Kontemplowały drogę.
Wsłuchane w radio centrum usłyszały, że szczęście wtedy się znajduje, kiedy jak najdłużej podtrzymuje się w sobie ciekawość świata.
Od Milana Kundery nauczyły się witać słowami, cześć pracy! i śmiać ze swej epoki.
Bo minie. Jak każda bajka.
Żadne siedem gór, siedem rzek i dolin jej nie ochroni. (mówiąc o górach chwyta za serce nostalgia, trzyma kurczowo, ściska, łzy wyżyma. Bo i czyż góra nie jest wysoka, tak, że człowiek czuje się zgodnie ze swym przeznaczeniem, nisko? I nabiera pokory, korzy się, poczuwa do dbania o tę odrobinę, którą posiada. A już siedem gór daje taki efekt niebagatelny, że brakuje miejsca na tę pokorę. Po to są doliny, ściele się pokorę w doliny. Wychodzi ponownie na szlak i zbiera dalej. Pewność, że nie zabraknie nam pokory kiedy przyjdzie czas uchylić czoła przed własną słabością. Zaczerpniemy wtedy z siedmiu rzek mądrość, że to co się robi, robi się dla siebie. Aby jak najlepiej służyć innym).
Styl Kundery.
Optymizm to opium dla ludu!
“w chwili obecnej mamy wszystko czego nam potrzeba”
A nawet więcej.
Fantastycznych przyjaciół.
Jeśli czasem zawodzą, to li i jedynie dla niepoznaki.
Nie chcą bowiem wracać do miejsc, z których przybyli. Tych przynależnych bogom i innym nieomylnym istotom. Lubią trwać tutaj, gdzie pomyłki się połyka, błędy trawi jak podły obiad, ale zgodnie z kulinarną maksymą każdego studenta: “Lepiej zwrócić, niż nie spróbować”.
Co wieczór pracują ciężko i z poświęceniem nad resztkami mnie po dniu długim, aby hartować silną wolę, ćwiczyć pewność siebie, doglądać optymizmu, który kiełkuje nieśmiało. I mimo, że bolą ich halluxy krwawiące i przeklinają często na stada nieokrzesanych nawyków, które błąkają się po ich przestrzeni życiowej, kochają swój los.
Wierzę, że kochają swój los.
We ‘wszystkim’ mieszczą się też drobne przyjemności:
Książeczka ze zniżkami na zestawy w mc’donalds.I’m lovin it.
Bilet na majowy koncert w Kongresowej, i to uwaga! w rzędzie za VIPami! Her first name is Jean, second – Polly. Po ojcu – Harvey.
Zaległa praca z angielskiego. Powstała dzisiaj, w wielkich bólach intelektualnych.
Temat na prezentację na seminarium. Nareszcie!
Solidny siniak na kolanie. Efekt nadmiernej czułości matki Ziemi, która przytuliła je siłą ciążenia do chodnika. Nie da się wykluczyć, że pewną rolę odegrała tu wrodzona gapowatość.
Finansowe wyzwania. Przeżyj tydzień za 4.35zł i jeszcze skseruj materiały niezbędne do kolokwium.
Czas na sen.
Apetyt, który zakończył swój strajk głodowy. Doszedł do porozumienia z rozstrojonym emocjonalnie żołądkiem, na mocy którego znowu będziemy jeść trzy razy dziennie, obficie.
Budyń waniliowy w szufladzie – w ramach spełniania postulatów o karmieniu ciała i ducha.
Zajęcia na basenie.
które się właśnie zaczynają…
Because…We. Are.Your. Friends. You’ll. Never. Be. Alone. Again.
Cheers! Danio Pręgowany
Aha, a rok 2008 jest rokiem Zbigniewa Herberta. “i długo za nim patrzę aż ginie w ciemnym pokoju profesorskim na końcu korytarza liści”.
tylko cztery ziobra
Uwaga! Już! Ciśśś….Ciiichooo! Cisza!
Słyszycie?…
Idą. Przemykają cieniem przez głowę..
…powolutku…
Są.
..spokojnie..
..bez stresu….
Przyszły.
Słowa na dzisiaj…..
Łapcie je!
aaa!
No żesz…! No to pięknie! Zwiały!
Ale nic to, przemówi teraz pan P. co mieni się zarządcą włości, które należą do niejakiego pana Boga:
“Muszę postawić te pytania. I wolę zrobić to publicznie, a nie w formie plotek na politycznych korytarzach. (…) Czy prawdą jest, że jego pobyty w szpitalach mają związek z terapią antyalkoholową? Czy ucieczki do Juraty i czerwone wino to nie środki terapeutyczne, stosowane przezeń w reakcji na problemy w relacjach (..)? (..) urazy?
Stawiam te pytania, gdyż w nieformalnych rozmowach stawia je duża część środowiska politycznego (…) Czy doczekamy wyjaśnień?”
Skróty pochodzą od Popielnika, aby nie został posądzony o niepoprawność polityczną i sianie zamętu.
Tak na marginesie, inspiracją wpisu był kontakt wzrokowy z panem P., który to nastąpił dzisiaj, w godzinach wieczornych. O pomyłce mowy być nie może, albowiem lubelska starówka jest rzęsiście iluminowana.
Wiadomość z ostatniej chwili: pan P. się pokajał i przeprosił.
Little Miss Sunshine :D
Ślina nie kapie dzisiaj na cacykowe serce ani kaczy kuper w jabłkach, sączy się zaś pienistą strugą na gyrosową rozkosz dla podniebienia roboty własnej, w czosnkowej oprawie muzycznej, z nutką liryczną. Przepraszam nieustannie rozchodzi się falą dźwiękową po pokojach wypełnionych dzisiaj po brzegi serdecznym śmiechem.
Zawitała też, po raz kolejny, wzruszająca opowieść o Little Miss Sunshine, Franku znawcy Prousta, Emo-Milczku, Dziadku-Wymiataczu i całej prawdzie o Nieudacznikach. Rewelacyjna w chwili gdy namiętnie poszukuje się wielkiego błękitu.
“Nieudacznik to ktoś kto tak bardzo boi się przegrać, że nawet nie próbuje. Dopóki próbujesz nie jesteś nieudacznikiem”, rzekł Dziadek i schował się w żółtym bagażniku.
Nie jest to żaden oryginalny utwór z filmu, ale na banjo brzdąka Sufijan Stevens we własnej osobie.
Aha, i jak głosi stare przysłowie pszczół: ‘ Z filozofami nie warto się całować, nie są zaczarowani’
“…co o ten śnieg z łońskiego roku”
Nieosiągalny spokój wreszcie nastał. Rozlał się błogo po całym polu magnetycznym unikalnego jestestwa. Przyszedł tak niespodziewanie, że aż bezsilność opadła całkowicie do kolan. Klęczy teraz. Jak jej nie pasuje to zawsze może wyjść.
Znowu jesteśmy ponad to. Wyprostowani. “Wśród tych co na kolanach, odwróconych plecami, obalonych w proch”.
Jesteśmy cali.
“strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy”
Zbigniew Herbert
bezsenność, bezsilność, bez…
Jeszcze nie pachnie bzem. Długo nie będzie, bo chorobliwie wieje w nasze słuchawki i nie można się połączyć z wiosną. Tymczasem, każda chwila jest dobra, żeby zacząć od nowa, na nowo, w nowym stylu, poniewczasie.
Leżą ładnie na parapecie, błyszczą się im czarne, skórzane rączki. Są. Połamane w końcu, ale niechybione jak reszta. Pałeczki. Chlorowo!
Muchy, ‘Galanteria’
<dido> i come from poland
<alien_0_0> o kurwa mac
<dido> polak? ;d
<alien_0_0> no… I’m from London
<alien_0_0> but I hear this shit almost everyday while I’m working… =\
Pobrane z bash.org.pl, ale równie dobrze mogłoby być zasłyszane.
Aha, i gdyby pojawiło się w Waszym życiu coś co nijak się ma do rzeczywistości. Dzwońcie do Watykanu. Może coś im zginęło?
We’re going to protect you! Warsaw don’t be afraid!
Spotka się dzisiaj Wschód z Zachodem, na Północy czasu wschodnioeuropejskiego. Przygotował już parujące trunki rozgrzewające w termosie i rozpoczyna czekanie. To podobno w Krakowie nigdy nie ma czasu na sen, ale dzisiaj niech i Warszawy nie obejmują ramiona Morfeusza.
Bezsenność doskwiera stale.
W linkach pojawiła się kapela z wspomnianej wyżej wioski, więc niech zagra na smutki.
“Panicznie się boję kosmosu, tych planet
na których można zamieszkać.
Boję się, że polaków wystrzelą w kosmos
I chujnia rozniesie się po wszechgalaktykach. (…)
Palę na mrozie. Idę.”
Wojtek Sołtys
Tak, jeśli jest coś czego się boję, to właśnie tego.