Wiosna na me ramiona spadła…
Ach, spadła, spadła…dzisiaj tumanem kurzu śniegowego.
Dźwiganie jej na ramionach wcale nie jest proste. Nie chodzi tu o ciężar, bo jest tak jeszcze młoda i nie obrosła w biomasę, że tylko lekko muska kark, czasem mocniej chucha w szyję. Przeszkadza jej kubatura raczej. Rozdyma ją wiatr szalony na wszystkie strony, targa nią obłąkańczo, nie pozwala ustać w miejscu. Zaczepia wtedy przechodniów oplątując ich swymi ramionami, przycina się w windzie, utrudnia chodzenie, mówienie, rozumienie, skupienie….i wszystkie inne ‘nie’. Wyjątek – spanie.
Igra sobie wiosna wespół z tym wiatrem i zmienia mój kurs życiowy. Rozciągną się kilometry na drogowskazach świata, coraz dalej się zrobi do domu, i do nie-domu, do każdej stolicy i każdego przyczółka swoiskości, oazy bezpieczeństwa, i stołów z domowym obiadem.
To co przeraża zawiera się w kilku słowach motta Uniwersytetu Idaho: ‘From here you can go anywhere’
A co jeśli wszędzie jest za daleko? A co jeśli się chce pójść do nikąd?..albo zostać?
To co mi się marzy abstrakcyjnie zupełnie, to to, aby od obranej drogi odchodziło wiele bocznych uliczek, aby miała niezliczoną mnogość zaułków…tak by można było w każdej chwili zmienić trasę. W każdej chwili gdy pojawią się wątpliwości.
Niech nie dotyczy to tylko drogi kariery zawodowej…ale każdej innej drogi.
Gdy tylko pojawią się wątpliwości niech zostanie pole do odwrotu.
Wiosna spadła nie tylko na me ramiona, ale też na osiedlowe trawniki. Usiała je w kępki przebiśniegów. Pachną zdecydowanie gorzej niż ich syntetyczni bracia w proszku do prania vizir sunflower automat, ale i tak są świeże jak wiosenny poranek.
Skoro już się popełniło słowo o kwiatach…
Goo Goo Dolls, ‘Iris’