to be alone..
Lekki ferment organizacyjny wkrada się w nasze wojskowe szeregi. Nie ma co ukrywać, że nigdy nie było w nich za wiele porządku, ani w tej głowie pełnej pułków pieszych myśli, ani na biurku załadowanym ciężką pod sufit artylerią, ani po szufladach, kieszeniach, piekarnikach i wszelakich innych ukrytych koszarach.
Chaos czai się wszędzie, przesuwa się cieniem za jej krokiem. Trzeba mu oddać, że wie kogo śledzić i za kim podążać. Chaos zawsze wybiera najsłabszą antylopę, odgania od stada i przegryza jej smukłe gardło, gdzieś w krzakach niesforności.
Ona się broni jeszcze, chociaż to już tylko agonalne podrygiwania.
Nic się od dzisiaj nie zgadza – terminy, spotkania, plany, polecenia, kursy, obrusy, wagi i nieważkości, harmonogramy i programy, damy i nie-damy, mamy..i bez mamy. Staje wszystko na czole.
“Człowiek idzie przez teraźniejszość z zawiązanymi oczyma. Może jedynie przeczuwać i odgadywać, co włąściwie przeżywa. Dopiero później odwiązuje mu się chusteczkę z oczu, a on spojrzawszy w przeszłość, stwierdza, co przeżył i jaki to miało sens”.
Cytat ten pochodzi ze ‘Śmiesznych miłości’ Kundery.
Spoglądam więc przez ramię, za siebie, wedle zaleceń i stwierdzam…
Kooks’i są wśród nas…
Nadeszły dni gorszej pogody, za to lepszej pogody ducha.
Jak się okazuje śmiechem można nie tylko rozładowywać napięcie, ale i mordować głupotę. Miło coś czasem zadźgać ironią. Stać się prześmiewcą kłamliwych sytuacji i piewcą niepokoju myśli. Może wykiełkuje z tego sporyszu jakieś ziarno, i będzie jeszcze chleb z tej mąki braterskiej.
Oto sytuacja. Imiona bohaterów zostały wycięte, wszelka zbieżność z przypadkowym spotkaniem domniemanej dziewczyny mojego Brata w sklepie, podczas przechadzki z innym mężczyzną zamierzona. Tłumaczenie się z ucieczki przed lożą szyderców (tata i ja) mętne:
“…wcale nie chowam się przed twoją rodziną, słabo mi się zrobiło…więc przykucam za regałami w sklepie…
o tak! zrobiło mi się strasznie niedobrze, to dlatego..ale wcale nikogo nie unikam..
to nie tak, że nie poznaję, poznaję!..tylko przykucam…”
Cięta riposta na krętactwo mogła być tylko jedna: Nie, no jasne, że się nie chowa! Chciała zapewne pograć z nami w berka kucanego! A myśmy się nie połapali
Kacapy z nas
ehh…- westchnęło we mnie coś przeciągle. i sama się łapie za przykrótkie włosy na czubku mojej własnej, wielkiej głowy. Przecież nie jestem mniej naiwna. Może nawet bardziej, bo czasem ckliwe hormony płaczą we mnie bez przyczyny, kołyszą tę huśtawkę emocji na osiedlowym placu zabaw.
późno już, ale się zdecyduję. tylko bez ciebie. bo pamiętam, że cię nie ma. zapominam kiedy jesteś. zapomiam…bo z tobą zawsze to samo! Chcesz tylko być! być! być!…
“Your turn, but i’m betrayed
By you my sweetheart”
Więc to tak! Wychodzimy dziś! I strzeżcie się! “The Kooks are out in the street!”
Nie mogłam się powstrzymać
Uwielbiam ich!
Och, i jeszcze to (gdyby ktoś nie wyłapał swym spolszczonym uchem):
“Don’t you think that you went too far?
Do you want to see my heart bleed?
For you, you and him
Him and you you know my heart bleeds
I’ll never betray you, my love”
Jestem potworem
Cóż, taka się już urodziłam, płetwy i mankuspie.
Co się dzieje na Kubie
Rzucanie czegokolwiek to bardzo przykry proces, np.:
Rzucanie piłką przez zdesperowanego inwalidę bez rąk,
Rzucanie kochanych kobiet w ramiona innych przez emocjonalnych desperatów,
Rzucanie się pod koła zaparkowanego samochodu przez desperata,
Rzucanie desperata…(joke)
Najbardziej jednak przykre i dotkliwe fizycznie okazuje się być rzucanie palenia. Bynajmniej nie desperackie. Kolektywne za to.
Wydało mi się zabawne jak kiedyś rzucającej palenie koleżance, dla której największym problemem była potrzeba zajęcia czymś rąk i ust, doradziłam, że zawsze kiedy ma ochotę na papierosa powinna mieć w pobliżu swego chłopaka. Teraz nie śmieszy to za mocno.
Bo choć nie doświadczam katuszy dnia bez papierosa osobiście, to jednak odbija się na mnie rykoszetem terapia antynikotynowa.
Smozy są za drogie, bieganie może mnie wykończyć, bo dwa dni po mam ciągle objawy utraconej młodzieńczej kondycji (gwoli ścisłości, tydzień po – też), cierpliwość wystawia się na wielką próbę, silna wola kapituluje w obliczu jedzenia i słodyczy (tylko dlaczego też moja, skoro to nie ja rzucam..? Zachodzę w głowę po rozwiązanie, ale tylko pustką i głodem wieje po synapsach
).
Jest jednak jedna tego zaleta. Jako ta bardziej stanowcza i mniej uzależniona, stałam się kryzysowym rezerwuarem nikotyny…nieustannie wzywanym w nagłych wypadkach.
Bo nie można mieć wszystkiego od razu.
Niesie nas jednak euforia, chłodna kalkulacja zaoszczędzonych pieniędzy, potrzeba bycia zdrowszym dla samego siebie.
Kilka tygodni później…
Dzień 26. terapii
Jakiej terapii? Terapia ze względu na szkodliwość i dotkliwe efekty uboczne została zarzucona.
Znowu o niczym..?
“Polowanie na druhny” to nie jest jakaś zachwycająca fabułą czy oryginalnym dowcipem komedia, to może nawet nie jest komedia.
Ulokowana została w kategorii ‘komedia romantyczna’.
A jakby się nimi, wieloma, wzruszającymi nie zachwycać, każdą buduje ten sam rdzeń fabularny. Wielki życiowy przypadek, wielkie życiowe nieszczęście, wielka życiowa zabawa, wielka życiowa naiwność i od wielkich do mniejszych można wymieniać, w jaki sposób bohaterowie się poznają.
Potem się lubią albo nie lubią, łudzą albo kłócą, i czekają na tę miłość co im cel w życiu wyznaczy. I ta miłość przychodzi, jak na złość w nieodpowiedniej życiowej konstelacji.
Tu następuje załamanie akcji. Albo wychodzą na jaw wielkie życiowe rozterki, albo wielkie życiowe kłamstwa, albo niewinne kłamstewka, którym rośnie ranga w toku akcji do wielkich i życiowych.
Po kryzysie, który stanowi o tym na ile taka komedia jest refleksyjna i wartościowa dla wnętrzności, czy też wnętrza przypełza happy end – w wolnym tłumaczeniu: wielkie szczęśliwe zakończenie życia filmowych bohaterów.
Rozgadałam się niepotrzebnie. Jedyne co chciałam osiągnąć, to to, że “Polowanie na druhny” niczym od schematu się nie różni. Zdradzanie jakichkolwiek szczegółów to jak opowiedzenie całego filmu. Zakończenie jest znane z racji gatunku, więc cała przyjemność w oglądaniu.
I słuchaniu, bo pojawia się tam piosenka ‘Sparks’ Coldplay’a
O niczym ponownie
Ponawiamy zatem wywody o niczym.
Dla tych, którzy się nie zorientują od pierwszego wejrzenia, czytelnie wyłuszczam, że oto i nowa szata graficzna. Cesarz żeby poczuć się spełniony i zadowolony zazwyczaj chadza nagi, dzisiaj jednak przyodział szałową odzież. Zmroczył się zmierzchem i chyba nawet elegancko wygląda.
Mało wiosennie, ale zmierzch bywa romantyczny, romantycznie też topią się gwiazdy w serialach, wplątują we włosy chrząszcze bzykliwe, pachnie rozmiękczona gleba wilgotnie.
Romantyczny jest też szczypiorek własny. Cały dzień wygląda cię w oknie, podpatruje chodniki, wodzi zielonym koniszukiem za burymi płaszczami, faluje natchniony kiedy tylko wypatrzy ten promienny uśmiech, niemal namacalny, taki który dotyka go swym ciepłem. Buzuje w nim chlorofil ze szczęścia, że oto znowu do miasta przybywa jego bogini słoneczna.
I tęskni po całych dniach, i nabiera turgoru gdy miłośnie unoszą się przy nim, nad parapetem, gołębie. Dodaje mu to miąższu, zyskuje na ostrości, wkrada się mocny w twój oddech, szczypie w język ukradkiem…
Ale o czym to ja miałam…?
Szczypiorek..? Koperek..?
Ach! Już wiem!
O niczym…
Łowcy.B
O niczym
Wena się powoli kończy.
Trzeba się wybrać na poważne zakupy, dokupić trochę rozsądku, powściągliwości, pewności i węgla aktywnego.
Węgiel aktywny o smaku malinowym? Stoperan o smaku malinowym? Takie rzeczy to tylko w tym domu. Domu spłukanych…w przenośni i dosłownie.
Zapiski z domu spłukanych sprowadzają się ostatnimi czasy do tajnych list. Tym razem jest to lista postanowień, tych niedotrzymywanych nagminnie….wracać tu częściej, bywać tu obficiej, patrzeć jak śpią.
gołębie….coś niesamowitego, całe stado…
Całe pola wyścielone na biało, łuchu łacha..łuchuuu..łachaaaa…
Nie warto się wychylać. Ale tyle mądrości to mają ostrzeżenia w pociągach.
Rowijać się. Wytopić się z tej anabiozy..może pomoże..wiosna przemoże…