Czasem łypnie rdzawym okiem…
Spełniają się jakoś cudownie najgorsze koszmary.
Cuda nie zawsze zdarzają się w porę. Inspirująco rzekła dona Suarez..
Błagała kiedyś swego Boga, żeby zerknął z nieboskłonu na nią niecierpliwą, żeby podsluchał jej rozmowy telefoniczne – długie i takie meryorycznie wyczerpujące, żeby zwrócił uwagę na tą egzaltację z jaką wypływają słowa z jej ust, na ten miękki chód, kiedy kołyszą się osadzone za nisko biodra. Żeby wyglądał czasem przez swe niebiańskie okna na ten przeciętny byt, co dla Niego chciał być bardzo. Wyjątkowy.
Teraz błaga, żeby uwolnił ją od własnej obojętności na własną filozofię życia.
Emocjonalna terrorystka wysadziła się sama w powietrze. Niech ktoś pozbiera jej szczątki, szczęki, zabierze buty. Na swych ścieżkach jedyne na co potrafiła wpaść to psia kupa.
Jakie to przykre, że wszystko ostatecznie sprowadza się do gówna.