Zasię, z kłosów posypało się ziarno..
“Odrobina kultury jeszcze nikogo nie zanudziła na śmierć”
Coś w tym jest, czemu zaprzeczyć po wczorajszej nocy nie mogę. Wybrałam się na Noc Muzeów. Co prawda nie spędziłam tam całej nocy, bo grubo przed 22 wzięło mnie na ziewanie, jednak niemal 4 godziny w otoczeniu rzeczy, które są starsze nie tylko ode mnie; od mojej mamy; ale ode mnie, mojej mamy i mojej babci razem, sprawiło, że poczułam jak ważny jest czas. Ważny i niedoceniany. Nie myślę tu o marnowaniu czasu na oglądanie pasjami amerykańskich seriali, mniej lub bardziej śmiesznych (How I met your mother), ale o tym ile po czasie z nas zostaje. Pozbyłam się wczoraj kompleksów, że być może po mnie nie zostanie nic, bo dotrało do mnie jak bardzo przewrotne są niektóre historie i jakie niekiedy czas płata figle, i zaskakujące jest jakie rzeczy ocala od zapomnienia, żeby setki naukowców mogło się nad tym głowić (bo czyż filiżanka z kogutem, na której dnie jest napisane: nasza przyjaźn będzie trwała tak długo dopóki ten kogut nie zapieje – nie była wspaniałym prezentem dla przyjaciela? A może od przyjaciółki….).
Z ciekawszych rzeczy – [a trzeba tu wiedzieć, że zamierzam wcielić w życie zasadę Pilcha: dotąd przeglądam kanały w TV aż znajdę program, który będzie wnosił w moje życie coś wartościowego (zamierzam: czyt. zrobię to jak skończę wszystkie sezony How I met your mother)] – może nie wiecie, ale konserwacja obrazów jest niesamowicie trudnym zajęciem, w którym nie tylko pojawiają się takie słowa jak dublaż, ale nawet takie, których nie jestem w stanie teraz powtórzyć, ani nawet ze strzępków sylab wygooglować.
Co do dublażu, to jest to zabieg naciągania/przenoszenia starego obrazu na nowe płótno, aby czas spokojnie mógł go zzacząć zżerać ponownie. W metodzie rosyjskiej zdziera się po prostu stare płótno do momentu, w którym zostaje sama zaprawa malarska i farba, podkłada się i doprasowuje nowe płótno. Istnieje jednak spore ryzyko uszkodzenia obrazu i naruszenia jego oryginalnego wyglądu. Dlatego obecnie stosuje się po prostu doklejanie nowego płótna na stare, aby zabezpieczyć obraz przed zniszczeniem. Zabieg wykonuje się na specjalnym stole ciśnieniowym, kiedy po ułożeniu obrazu i zabezpieczeniu go od góry specjalną folią (extrafol) wysysa się powietrze i w warunkach podciśnienia nakłada (zasysa się) obraz na nowe płótno.
Tak też zrobiono z “Ucztą u Heroda” Rubensa (czy też nie samego Rubensa, ale kogoś z jego warsztatu).
Rubens do tej pory kojarzył mi się tylko z “rubensowskimi kształtami” i słynnym Zdjęciem z Krzyża. Po wczorajszej nocy wiem, że był nie tylko mistrzem, ale i nauczycielem, który wypracował swój warsztat i doskonale go utrwalił wśród swoich uczniów. Realizował ogromne ilości zamówień, więc spora część prac sygnowana była nazwą warsztatu Rubensa, gdzie sam mistrz muska jedynie swoje dzieło doprawiając pędzlem to co jest bardziej charakterystyczne w obrazach Rubensa niż pulchne kształty – a więc światło. Jego dziełem na każdym obrazie są załamania i zakrzywienia światła na przedmiotach, w szczególności zaś na błyszczących elementach naczyń czy biżuterii. Tylko mistrz dodawał też postaciom bardzo charakterystyczne, i nie do podrobienia – zaróżowienie nosa, czerwone kropki są podobno jego cechą rozpoznawczą.
Współcześni artyści biorąc pod uwagę warsztat i metody pracy począwszy od wyboru płótna, są tylko leniwymi i gnuśnymi flejtuchami, i jeśli kiedykolwiek ich prace przestaną istnieć w internecie, a z oryginałów odpadnie wierzchnia warstwa farby – popadną w zapomnienie i nawet nie będą mogli liczyć, na to, że ktoś przywróci ich do życia na ciśnieniowym stole. A ironią losu, Rubensowskie dzieła będą nadal trwać i cieszyć oko. A wszystko dzięki fundamentom. Podstawy i zasady są najważniejsze – tak w malowaniu obrazów jak i w życiu. Bez dobrych podstaw, określonych zasad, twarej zaprawy i mocnego kleju – wierzchnia warstwa farby, którą nazywamy dziełem – obnaży pustkę i fałszerstwo talentu (czy też uczuć) szybciej niż nam się wydaje. I wiem co mówię – potwierdzają to nie tylko moje wlasne życiowe doświadczenia, ale i fakt, że ponad 300letni obraz Rubensa wisi w lubelskim Muzeum na Zamku i ma się lepiej niż kiedykolwiek. Sekret stanowi warstwa brązowej imprimatury, która jest wszędzie tam, gdzie są mocne, ciemne cienie, które trwale są przypisane określonym partiom obrazu (w Uczcie u Heroda, np. cień pod amboną). Tam gdzie cień jest tylko załamaniem światła na zakamarkach jasnego obrusu, brązowa warstwa pokryta jest szarą imprimaturą. To są lekkie cienie. Kilka warstw zaprawy, imprimatur – to jest Rubensowski warsztat, który pozwolił lubelskim konserwatorom ze zniszczonego płótna odzyskać jego piękno i duszę. Zadanie mieli tym bardziej utrudnione, że poprawiali fuszerkę, którą ktoś odstawił kilkadziesiąt lat wcześniej. To dzięki mocnej zaprawie i porządnej podbudowie całego dzieła (głównie) – udało się odnowić obraz. I z racji tego, że moje słownictwo ubożeje od oglądania seriali, mogę to skomentować tylko: uau, it’s legen..dary.
Nie spodziewałam się, że w muzeum może też być śmiesznie. Za sprawą Pana (nie pomnę nazwiska), który z wielkim zaangażowaniem i zastosowaniem modnej ostatnio interaktywnej metody nauczania(miał mnóstwo niezbędnych rekwizytów, z kołowrotkiem i szplachlą do wyjmowania chleba z pieca włącznie), opowiadał o strzygach, zmorach, wampirach, rusałkach, dusiołkach, latawcach, ubożątkach i innych ludowych stworach.
Nie zapomnijcie rozsypać maku przed drzwiami i postawić miski z kaszą na progu, aby ochronić swe dusze i domostwa…
…chociażby przed Południcą.