Nothing but the past is done…
Długa nieobecność. Szczęśliwie nie wieczna. Pozmieniało się tyle wokoło. Pajęczyna zniknęła spod parapetu, ktoś pozbierał okruszki zalegające od zawsze w zakamarku fotela, popielniczka stoi od teraz na podłodze, światło słoneczne nie plami już przeciwległej ściany. Tyle zmian. Tak to wszystko teraz inaczej wygląda.
W wielkich zmianach tylko szczegóły są ważne.
Brudna ściana na wysokości łóżka, które wyjechało szukać innej ściany. Widok zza szyby, oszałamiające bzy, rwetes ptasi. (Rwetes – jako szcześciolatka nie mogłam pojąć co to i zostało tak do dzisiaj, bo to chyba coś więcej niż chaos..)
Pozostałości po chwilach: sylwestrowe serpentyny omszałe. Tak, 2007 to był dobry rok, należycie został przywitany i był dobry. Suszone paprotki różane, milion bibelotów, zakurzone bilety do kina, spinki, guziki, pęsety, papiery, szpargały, spinacze, wykradane latami laboratoryjne drobiazgi. Wszystko znoszone do dziupli, do jednej szuflady. Całe lata pachnące wiosennymi kanapkami ze szczypiorem, marcowym dymem mentolowym – wszystko zamknięte w jednej, jedynej szufladzie. Jak jej powiedzieć, że to koniec?! Jak przekazać, że teraz musi się wyprowadzić, zabrać gdzieś ten cały grajdoł i gromadzić rzeczy gdzie indziej?!
Nie trzeba mówić. Wystarczy w ciszy przesypać te skarby do foliowego worka, rzekomo degradowalnego – i wynieść w ciszy na śmietnik. Na ten sam, na który trafiły wszystkie nieznośne buty, nadgryzione przez mole apaszki, zardzewiałe weki, plastikowe i szklane badziewie..
Pora się rozstać. Pora zacząć gdzie indziej.
Wpis powstał 24 maja 2009 roku.
Rozstaliśmy się wtedy z Wallenrodem. Każdy z nas zabrał po kawałku szkiełka mędrca i wyruszył w swoją drogę. Daleko się nie rozsypaliśmy, raptem po innych ulicach, częściowo za kanałem La Manche. Daleko nie odeszliśmy od tego sedna, które spajało nas przez tyle lat – nadal krzyżujemy się gdzieś po drodze – do pracy, na uczelnię (dla niektórych to to samo
, w wieczory wspominkowe przy grzańcu..
Oby jak najdłużej.