Strangely weird, weirdly strange..
Zbierała się już kilka razy. Wkładała rękawiczki, muskała wzrokiem niepatrzącym wnętrze pokoju i zbierała się do wyjścia.
Stawała jak wryta za każdym razem gdy przełykając ślinę powracało to błogie, nieznane od dawna uczucie ulgi.
W czymże jej te wełniane rękawiczki, wkładane i zdejmowane pozwoliły ulżyć?
Może w tym, że w końcu ma też na sobie buty, a to niezawodnie prowadzi do drzwi wyjściowych, a to sugeruje, że jak się je otworzy i nikt nie stoi za progiem żeby go zaprosić do środka, to może się odważy wyjść w końcu na zewnątrz.
Jeśli w drzwiach nikogo nie ma to pretekst aby zostać w domu znika. Zwłaszcza, że spółdzielnia, mimo kryzysu, hajcuje w kaloryferach bez umiaru i ona właśnie czuje jak wypacają się we wszelkich zakamarkach jej ciała całe dżule albo i kilodżule tego ciepła. Wyjść. Wyjść..
Stoi dalej, stroi miny przed lustrem, jak małpka nieudaczna. “Wyjść- podpowiada ośrodek przegrzania. – Schłodzić umysł”. Ale co jeśli na samym dole, jak już zatrzasną się za nią automatyczne drzwi uczucie ulgi minie? Co jeśli zechce powrócić w te swoje cztery zielone ściany? Postanowi nagle spędzić dzień zawinięta w koc, otoczona parującmi kubkami z herbatą, z nikim innym tylko własnym nieudacznikiem. Samą sobą.(?)
Pytanie retoryczne ze stycznia ubiegłego roku.
Let’s just run away..