Hopsasa
Pobrana. Nie dziwi się wcale, że lepienie z gliny wykorzystuje się w celach terapeutycznych.
Czuje się sterapeutyzowana. Ona: manualnie defektywna, twórczo upośledzona, czuje się jak artystka. Artystycznie wyprawiona, wylepiona, wygrzana. Z nowej gliny lepiona, na nowo.
Zagrali też ładnie muzykanty. Nie byle jakie ludowe grajki, a mistrzowie folku. Łączący to co najlepsze w muzyce, czyli brzmienie instrumentów, z tym co przysparza czasem zmieszania – tekstami ludowych przyśpiewek. Muzyką scalają ludzkie historie z historią.
Przywołują słowem i smyczkami wsie całe, pola usiane, nieba znad wydeptanych ścieżek, dzięki nim wkraczają na scenę roztańczone i rumiane dziewczęta, co to “całują się za piecem z Mateusem, po cichu”, wkracza cały barwny orszak sentymentalnych wspomnień…
Tych zadawnionych, wybranych z dzieciństwa, lęków zabobonych przed zmorami i tych świeższych, łkających w zimną poduszkę.
Nie pomaga leżenie w ciemności, w ciszy nocy…bo gwiazdy uproczywie mrugają, nawołuje głos sumienia mocnym szeptem… : ” czego odmienić nie można..nie można. Odejść, odejść..boso..boso…odjeść…czego odmienić nie można, nie można..zawsze boso..”
Zgubiłam Grzesiukowe ostrogi. Już zawsze boso.
Kapela ze Wsi Warszawa \’Maydów\’
Nie musi żadnej nocy podarować…
“muzyka niczym żywa woda – płynie, krzepi i raduje” (o Kapeli, podsłuchane).
tekst edytowany przez chwile zwichnięte
Cudownie jest!…tylko powietrza brak
“O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy niezmienny..”
Leopold Staff
O szyby czas dzwoni, czas dzwoni jesienny
I tłucze się w sercu, miarowy, przemienny..
Spontanicznie zarzuca postanowienia: poprawy, naprawy, przeprawy. Trochę się jeszcze plącze i mota w zeznaniach,ale podstawa to przyznać się przed sobą samym. Podstawa to nie ulegać presji, podstawa to wiedzieć czego się chce, czego się sobie samej życzy.
‘Każdy ma to na co go stać i na co zasługuje’ powiadają po stokroć mędrcy.
Widocznie tylko na to ją na razie stać, ale wierzy, że zasługuje na więcej, więc będzie się starać.
‘Życie jest tragedią dla czujących, komedią dla myślących’. Bernard Shaw.
Poczeka. Cierpliwie. Czuje za bardzo. Ale nie chce dotrwać do ostatniej sceny swej tragedii.
Czuje bardziej, że los jeszcze pozwoli śmiać się z komedii.
Na razie przybywa tylko wiosen, a raczej jesieni na tym pustkowiu bez pomysłu. Razem z nią starzeją się zapiski z lat poprzednich, które ubiegły jej szybko za szybko -
”Szczęście ma się w sobie”,
“za szablę nie chwytasz, na koń nie siadasz..co się z Tobą stało, panie Wołodyjowski?”,
“Kochanie to niedola ciężka, bo przez nie człek wolny niewolnikiem się staje. … Kochanie to kalectwo, bo człek jak ślepy, świata za swoim kochaniem nie widzi… Kochanie to smutek, bo kiedyż więcej łez płynie, kiedyż więcej wzdychań boki wydają? …. Kochanie to choroba, gdyż w nim jako w chorobie twarz bieleje, oczy wpadają, ręce się trzęsą i palce chudną, a człowiek o śmierci rozmyśla albo jak w obłąkaniu za zjeżoną głową chodzi, z miesiącem gada, rad miłe imię na piasku pisze. …. Jeśli miłować ciężko, to nie miłować ciężej jeszcze, bo kogóż bez kochania nasyci rozkosz, sława, bogactwa, wonności lub klejnoty?”
…i choć upłynęło już tyle chwil, tyle sekund złapanych w zegary, tyle dni uwięzionych w kalendarzach, Strach rośnie i przerasta świadomość. Kwitną sady, kwitną jabłonie..pod moim domem, pod moim domem? Tułacze nie znają co to dom. Jakże to?…Kwitną sady pod moim domem..
Kwitną. Kwitną jabłonie. Wtedy czas nie istnieje, wraca się do początku, do zalążka siebie. Jest się wszędzie, z całym sobą i całym sobą.
I jest ukojenie.
Nie krzyczy ten obłąkaniec w środku co zaciska drżące pięści, ściany nie chwieją się z bólu od razów, podłoga leży bez ruchu, przylepiona do koszuli, łkania rozganiają kurz..
…bezsilność już jej nie szarpie, strzępy i projekcje wyobraźni nie osaczają, mrok poza kręgiem lampy na stole przestaje być przepaścią nie do przebycia..
Już się nie boi. Objęta sama w swojej dłoni przesiewa uczucia przez palce…
Szuka drogi do domu..do domu.. Bo nikomu nie chce być tułaczem. Bo tułaczem nikt nie chce z nią być.
Poczeka. Cierpliwie. Czuje za bardzo.
Tori Amos “Losing my religion”
thought that I heard you laughing..thought that I heard you sing….bo czyż nie?
…the same old song
W kuku komizmie przebrzmiewaja wyrocznie dni. Bo zazwyczaj sąsiedztwo zbyt bliskie kończy się banicją hałasu. Stopy po kostki przebierają palcami w odstałej wodzie, brud zalega w zakamarkach. Paczkami da się wypchać cały kwadrat, cały okrąg, prostokąt..poniekąd..
Nadeszły zmiany, trochę się chmur rozchyliło, miało być słonecznie, a tymczasem poprzez zasłonę nocy popadał deszcz. Zrobił slizgawkę z asfaltu i utknęło wszystko na starcie..znowu…
Znowu trzeba będzie zacząć od początku…
Mało konkretnie, bez precyzji planu, nie wytrymowany jeszcze, ale świeży…skrojony jak materiału staje, śmiały, być może zbyteczny – plan.
Pograć słowami, pożonglować zaufaniem, nagiąć, przyciąć, zaprasować kilka zakładek i puścić w obrót na rynku bezwalutowym.
Czarne wtorki, czerwone środy, białe poniedziałki. Kolor weekendu to jest ten ulubiony, ten beztrosko rzekomy.
Paplanina się rozpoczyna.
Oj!
Niebezpiecznie kraść sygnały z kart sieciowych bez sieci zależności…
Niebezpiecznie pytać, kiedy się nie chce znać odpowiedzi oczywistej.
Niebezpiecznie szlochać publicznie, kiedy żadna materia uczuć nie warta jest strzępienia.
Gdy stąpa piękna…cicho zamykając drzwi za sobą…
Hope Sandoval ‘Take everything’
moskiewskoje research
Ostatnio w trzcinie nic się nie dzieje.
Nic na tyle specjalnego, żeby o tym pisać.
Zapisują się tylko migawki wspomnień pod powiekami i na twardym dysku pamięci.
Moskiewskie badania naukowe – żółte, pachnące rozmiękczoną ziemią..ciągnące się bez końca tak w przestrzeni agaru jak i w czasie. Bez większych szans na nagrodę Nobla, nie mówiąc już o satysfakcji własnej.
I tęsknię tylko cicho..patrząc na trucki and sink erator, w oczekiwaniu na lunch time, przechodząc obok recreation center, szukając po sklepowych półkach sour dough, nucąc “If you’re going to San Francisco”…
tęsknię cicho…do domu..
moskiewskoje
Moskiewskie przemyślenia i gdybania.
Gdy w Moskwie późna noc, na wschodzie wstaje słońce.
i nie jest to pomyłka, ani dziura czasowa, która połyka miejsca o tych samych nazwach i umieszcza je po przeciwnej stronie globu.
To prawdziwie amerykańskie Moscow.
Moscow, w kórym robi się research na univeristy, spędza czas w labie, free time wykorzystuje się na making trips, doing shoppings, taking pictures, reading papers, attending parties…
I tak od wschodu do zachodu tego samego słońca…
aż przyjdzie weekend…otwierają się umęczone snem oczęta i świta amerykański idea w obolałym po całym tygodniu brain – a może tak położyć się na dywanie, wyciągnąć legs przed siebie na całą długość, upakować cały living w room w loud music…i tak zwyczajnie porobić nic…
w każdym języku świata..zwyczajne nic – nothing, niente..
Loud music – Fuel “Shimmer”
Dyspergator
Na kanwie neologiszczaków snują się dni przebiegłe.
Przebierają szybko nóżkami, wymykają się wieczorami, bujać w przestrzeniach. Wstają sumiennie gdy tylko budzik wywoła kolejną zaspaną godzinę. Wymagają wyprasowanych kołnierzyków, dopasowanych spódnic, skupienia, atramentu.
Ekstraktory. Wyławiają marzenia i lenistwo z materii ciężkiej pracy. Wynoszą na powierzchnię naładowane cząsteczki snów i rozpuszczają je ponownie w polarnym upale czerwcowego popołudnia.
Zapisują się w archiwach uniwersyteckich stosami naukowego papieru.
Sesja.
Nie pozostaje bez wpływu na zdrowie, lot kukułczy, Euro2008, samotność i nieudolność.
Przeżera kawą żołądek, nadtrawia zmysły, frustruje i zawodzi.
Pełno niespełnień.
Dyspergator. Moja substancja. Ciągła materia trwająca czule, czuwająca trwale. Ułatwiająca rozdrabnianie stałych strachów, tak by zespoliły się z cieczą zwaną Ja, by nie dryfowały po powierzchni i nie zamazywały obrazu świata. Zmieniająca mój stan skupienia w płynne rozkojarzenie i poruszenie.
Gdy działa chemia dyspergator jest jak metal - kowliwy i pociągający,
sublimujący subtelnie w inspirację,
sypki – wymyka się konwenansom,
trudnorozpuszczalny – tylko z odpowiednią zasadą tworzy sól ziemi,
wytrąca się go kwasem z równowagi,
występuje w dużych ilościach w swojej własnej skorupie,
podatny tylko na polarne rozpuszczalniki i indagacje,
polimer dobrego czasu i cierpliwości, o lekkim, przyjemnym zapachu.
Prace nad zwiększeniem jego zdolności adsorpcyjnych do kompleksów o właściwościach fobowych trwają.
Trwają.
” Z głębokości do mnie wołasz. Wołasz, abym cię wysłuchał, nakłonił uszy me na głos twego błagania i milczysz.
- Mówże! Ja słucham. Czyżbyś zapomniał? Słucham i czuwam. Zawsze.”
Bóg
A oto i boska Lisa Hannigan. W końcu solo!
Lisa Hannigan “Blurry”
I Lisa ponownie – ” My pirate disco”.
Słuchasz?
Słucham.
W boskim formacie mp3 dzięki pewnym chemicznym oddziaływaniom filowym z żywiczną i życzliwą substancją z sąsiedniego pokoju.
Dziękuję
Z zapisków dnia powszedniego…
Dzień powszedni zaczyna się o 6.00. Długo się przeciąga w ciepłej pościeli zanim zdecyduje się wstać.
Przenosi się potem, nie bez oporów, do kuchni. Stawia czajnik na gazie. Chyłkiem przenosi się do łazienki, walczy o ciepła wodę z piecykiem, zaparowuje lustro, suszy rajstopy suszarką, balansując na granicy przepisów BHP w zakresie użytkowania suszarki. Woda się sączy nad umywalką, kable oplatają ręce, chwytające po puder..po szczoteczkę…po więcej…
Siedzi potem Dzień Powszedni przy stole i patrzy tępo na obłoki nad herabatą.
Wygląda za okno. W niebo bez obłoków.
Spina się w sobie, wrzuca na grzbiet cokolwiek i wybiega w przestrzeń. Myślami dużo dalszą. Sięgającą miejskich skrzyżowań wylotowych ulic, wierzchołków drzew falujących na trasie do.., łąk rozłożonych po horyzont, pól zżółknionych rzepakiem, namiotów z podpórek na chmiel…
…i wraca. Na przejście dla pieszych przy Głębokiej.
I to tyle magii w Dniu Powszednim.
Potem już tylko się ściemnia, zapada deszcz, zamyka szafa, gaśnie wyświetlacz na telefonie.
Herbata.
Czcionka 12..wypunktowanie…
Herbata.
Czcionka 12…numerowanie…
Herbata.
Czcionka 12…wstaw znak specjalny…
Papieros. Herbata. Herbata. Papieros. Herbata.
To be alone…with me
I tak się toczy, czasem przyspiesza, nic konkretnego nie wnosi, w zupie życia porem miesza, kłania się i powstaje, patrzy hardo w oczy, potem przeprasza…czy to jest mój? czy twój? czy już nasza..?
Sprawa.
Sama ze sobą. Niewiele potrafi ją cieszyć, a tak wiele ma wzorów radości wkoło. Tak wiele myśli do naśladowania, tak wiele rozsądnych słów i argumentów. A poddaje się tej paranoi przebrzydłej, zemdlonej, niedożywionej, strachliwej.
Nudzi ją wiele. Wiele jeszcze ją znudzi. Wiele ludzi.
Bo nie pojęte się wydawało do tej pory, aby móc “żyć tak wiele, a tak niewiele przeżyć”. Teraz, choć młoda, zamyka się szeroka droga. I nie wierzyła w to wcale, teraz musi. Zboczyć na węższą ścieżkę.
Sama ze sobą.
She dreams in color, she dreams in yellow…
W kilku zdaniach zamykają się ostatnie tygodnie.
‘Cokolwiek by się nie stało, pamiętaj, że nie zostajesz z tym sama’
‘Po śmierci też się nie wyśpię, bo będą mnie robaki gryzły’
‘Tak, córko moja umiłowana..którą zresztą sam sobie zrobiłem…wiem, ja wszystko wiem’
W ciszy snuje listę życzeń:
Chciałaby nie słyszeć jak jest z nią dobrze, bo tu słowa są niepotrzebne. Chciałaby słyszeć wtedy kiedy jest niedobrze, albo bardzo źle. Ona już chciałaby mieć taką pewność, że nie znikczemnieje..ale kto? Znowu nie wiem.
I żeby funt był droższy, żeby nie wracać z czerwonym nosem do domu nad ranem, który od 12 zaczyna być południem, żeby zasypiać, żeby jej Katarzyna nie była taka przenikliwa i kobieca – nie pyta nigdy, tylko spojrzy na tę żałością przytłuszczone włosy, zmęczone bezsennością oczy i wie.
Żeby zmrużenie oczu i znużenie wzroku to nie było to samo.
Żeby ten czas był wykorzystywany lepiej.
Żeby wróciły dzieci domu…
Wielkanoc przekornie przysypała nas śniegiem, przypomina się jaskrawo niedawny zachwyt i szaleństwo. Rozłąki wytłumiają dźwięki, tak, że nie słyszysz już co ten ważny ktoś, dla ciebie, woła. Może dlatego, że nikt nie woła…
Wola..jest niezłomna
nie przychodzi z czasem
przychodzi czasem
Czasem wcale.
Agencje prasowe tymczasem, świerszczą w tej trzcinie myślącej nad, którą niebo gwiaździste, tytułami: “Kuba pogodzi się z USA?”, “UE chce odwilży w kontaktach z Kubą”, “Odwilż na Kubie”.
Czy jest to możliwe? Podobno następca Fidela ustępuje mu tylko charyzmą…jednak stojąc na czele (…) obiecał zniesienie części ograniczeń (…) na Kubie. I słowa dotrzymał.
Jak dotąd…
She dreams in color, she dreams in red…
Marzy. Jedyne co robi po całych dniach. Robi to nieodpowiedzialnie, niesłownie, nagminnie.
A jak spytasz ją czy ma jakieś marzenia, to nie, nie ma. Nic tak naprawdę nie chce, niczego jej nie brak, niczego nie potrzeba.
Rowerek jednokołowy, rzeczy robiące bzium, pierogi przybywające z kosmosu, pieniądze, które się rozmnażają przez podział poprzeczny komórek linii ciągłych, nie więdnące tulipany….
Cała lista życzeń błogich, o których niby marzy…
W kolorach czerwonych, bo intensywnie, żeby nie usnąć nad tymi marzeniami. Ale zdarza się jej też na niebiesko, na żółto, na biało…
Pearl Jam podszywający się za dr. House’a.
On jest podobno Better Man.
Temperatura za oknem: 3 stopnie, w cieniu drzew bezlistnych.
Opad: sił, skuteczny.
Wiatr: słony, z dobrej strony, bo w plecy.
Moc wiatru: przerażająco targająca wszystkie części garderoby.
Zachmurzenie: względnie rozchmurzona.
Widoczność: sięga aż po Warszawę.
Będzie nas dzisiaj karmić filozofią jadłodajnia na Dobrej
A teraz…Gosi spokojna, Gosi wesoła..objuczona “skandynawskimi rytmy” prezentuje:
Audrey – Mecklenburg








