(…).
Rozchodzą się. Myśli.
Rozchodzą się myśli.
‘Lecz ty się nie daj zgnębić, lecz ty się nie daj spętlić.’
Nie daj się.
Poezja kołysze się na strunach. Koi..?
Już nie.
‘Lecz ty się nie daj skruszyć. Lecz ty się nie daj zgłuszyć.’
Jak? Uprzejmie zapytuję jak..?..
Daj się zbliźnić..
Nie da się
“…odpuszczam. To tułacz wieczny. To zbieg.”
Zdzieraj pleśń! Mierz przestrzeń i czas! Wkładaj nowe buty!
Odchodzi i nie wraca, przegania i …milknie.
Nie patrzy w oczy, nie jest ostateczny.
Nie dba
Zdławieni i wzgardzeni..Trzymamy się prosto. Sami. Bez podpory. Smutna to myśl.
‘Tango to smutna myśl. Myśl, którą się tańczy’
Rozchodzą się. Myśli. Rozchodzą się myśli.
’Z kulą u nogi przeklętej pamięci (..)
przestała mnie słyszeć’
…
“Wracamy lecz, od tej pory niestety nikt na nas nie czeka”
Dlatego teraz siedzę i piszę.
Jan Kondrak – Dolina w długich cieniach
Właściwie to bardziej siedzę niż piszę, myślę niż siedzę..
…
…
…
trzy zwykłe kropki…
…
…
…
czy to już wielokropek?
” W życiu nie ma gotowych rozwiązań. Są siły na drogę i trzeba w nie wierzyć, a w ślad za tym przyjdą rozwiązania”
Jeśli nie przyjdą nowe, wrócą przeszłe. Wrócą..?
dopisek: Z dnia powszedniego 6 pażdziernika roku tego samego – Na widnokręgu. Już po drugiej stronie.
Hit her with the hammer
“Rusza na przód. Wymyka się zawsze przodem. Wyprzedza swoje własne lęki i obawy. Wychodzi frontowymi drzwiami. Ktoś mógłby zatrzymać się onieśmielony i zaczepić ją słowem, zmieszać się wstydem z jej uczuciami. Ktoś mógłby zwrócić uwagę, że przytrzaskuje sobie swoje ego, i za każdym razem ono skrzypi niemiłosiernie. Ktoś mógłby niewybrednie poprosić: nie rób tego więcej.
Może i ktoś mógłby. Ale możność a chcenie są tak sobie odległe, że zanim się spotkają w pół schodów, ona jest już na dole. Przytrzaskuje swoją złość. Za każdym razem coraz głośniej.
I biegnie potem w słońcu z takim żalem. Robi miny do witryn, marszczy czoło. Uspokaja się głębszym oddechem powtarzając niezmiennie: to nie moja sprawa. to nie moja sprawa. co mnie to obchodzi. nic mnie to nie obchodzi. w dupie mam małych ludzi i ich małe sprawy (…).
Po chwili reflektuje się, że myśleć albo opisywać w spokoju lampki to jedno, a biec przez miasto i wytrwać w niepokoju cały dzień, to drugie. Zupełnie nie to samo. I tu i tu trzeba się skupić, tylko w swoim pokoju, przy lampce nikt na to nie patrzy. Nikt nie ocenia, nikt nie świdruje wzrokiem jakby mówił “a ja mógłbym ci powiedzieć”. W ciszy pokoju można też zaszlochać bezgłośnie. Można zamartwiać się bez ruchu. Nikt nie podejdzie i nie zapyta “cześć co słychać?”, nie trzeba się wić jak piskorz i zbierać na uśmiech, prężyć i mówić: ” w porządku”. Tylko samemu można być sobą. Położyć się pod białym sufitem i być sobie kimś, a jak się zechce to i nikim. Na ulicy nie ma sufitu. Niebiesko jest za wszędzie. Ludzi jest zbyt dużo. Zegarki im tykają, wąsy chodzą na wargami, oblizują się mokre języki, pocą dłonie i zgięcia łokci. Na ulicy nie można sobie tak po prostu usiąść i zapłakać. Na ulicy trzeba być społecznym. Nie można się przyznać bez słów, że nic się nie układa, że się wysypuje wszystko przez balkony, że najpierw wyrzuca się troskę o drugą osobę, potem zaraz leci pierze z wspólnych oczekiwań, potem oczarowania tłuką się rozczarowane o chodnik, i wybuchają wyrzutami wszelkie dobre chęci. Nie, nie można. Tego na ulicy pokazać nie można.
To się tylko zbiera w reklamówkę i zanosi do domu. Stawia w kąciku i czeka. Może przyjdzie po to jakiś właściciel? Może ktoś to zabierze? Tylko jak pokazać komuś ten kąt swego pokoju, skoro się tam ściany żadne nie schodzą.
Przeczekać. Przemilczeć. Przeprosić. Przekłamać. Przeliczyć. Może wróci? Może się zwróci? Może ku sobie?”
“Powiedziałem: gdyby się zdarzyło, że będziesz miał wszystko, a miłości byś nie miał, będziesz niczym.
- Nie żartowałem.”
Bóg
PJ “The Piano”
Niech dni będą nasze
“I oto poczęło się lato. Niewinnie zupełnie.
Dziecię czerwcowe. Owiewa je przyjemny wietrzyk, rozmazuje na buzi słoneczne plamy. Przegania czas na kiedyś później niewprawna, drobna rączka. Mrugają nad jego głowami liście brzózek.
Po tych spojrzeniach namiętnych i szeptach szumiących fontannom nie mogło się skończyć inaczej. Oto więc jest. Owoc zatracenia. Jest latem. Nowe, ciepłe, rozkrzyczane milionem ptasich gardziołek, czerwone od wysiłku pierwszych, ciężkich westchnień.
Ciągało się to najpierw po parkach zielonych. Wyglądało gniazd ptasich na drzewach, polowało na dobre ujęcia szukając niecierpliwie wzrokiem czegoś więcej, kogoś bliżej. To tawuła tak otumania. Przywabia podstępnie, pachnie mimo, że nie pachnie, odmawia nogom posłuszeństwa, wmurowuje wzrok w jedne tylko oczy. I jak tu nie przepaść..?
Przepaść.”
To był dobry początek. Początki zawsze bywają spójne. Zazwyczaj każdy wie jak chce zacząć. Nawet jak nie wie, to nabazgrze jakieś pierwsze słowo i można je uznać za początek.
Początki bywają celowe – siadasz i myślisz, czas zacząć coś robić. Siadasz i zaczynasz. Nawet jeśli tylko siadasz, a nie zaczynasz, to jest to już początek.
Początki bywają dobre.
Co dalej?
“Wyraź siebie we mnie”
Tysiąc znaków
I guess you should know better
Po reklamach nadszedł czas na napisy końcowe. Jak w każdej bajce.
Taken by trees “Only yesterday”
“Wiem, że to dla ciebie jest trudne. Nie, (..). to nie jest trudne.
To jest proste.
(…) Odszedł.
I tak jest mu lepiej.
Wygrywa (…) i jest sławny na całym świecie.
To nie jest trudne.
On jest tam.
A ja jestem tutaj.
Gdzie wszystko jest tak samo.
Ciągle mieszkam w (…) mieszkaniu, chodzę po tych samych korytarzach (…). (…) i nawet to nie jest trudne.
To jest to, czym jestem.
To jest to, co wybrałam.
Ale, proszę pana,
Kiedy ręka mu drżała, to ja.. (…).
Ja trzymałam jego sekrety, ja pielęgnowałam jego dumę.
Pan to wie, ja to wiem i on to wie.
Wie to.
Ale nigdzie (…) nie pojawia się moje nazwisko.
Jestem niewidzialną ręką jego geniuszu.
Mimo to, choć wszystko jest tak samo,
jest zupełnie, zupełnie inaczej.
(…)
Byłam jego (…), a teraz jestem duchem.
To nie jest trudne.
To jest nie do zniesienia.
Wiem, że wszyscy są (…), ale ja nie jestem…
(…).”
i pewnie nigdy nie będę…
Nie wiem?
Niewiedza to błogosławieństwo.
Nie wiem.
Niewiedza to przekleństwo.
“A miałem ambicję stworzyć taką rezolutną rasę, mój Noe”.
Bóg
to be alone..
Lekki ferment organizacyjny wkrada się w nasze wojskowe szeregi. Nie ma co ukrywać, że nigdy nie było w nich za wiele porządku, ani w tej głowie pełnej pułków pieszych myśli, ani na biurku załadowanym ciężką pod sufit artylerią, ani po szufladach, kieszeniach, piekarnikach i wszelakich innych ukrytych koszarach.
Chaos czai się wszędzie, przesuwa się cieniem za jej krokiem. Trzeba mu oddać, że wie kogo śledzić i za kim podążać. Chaos zawsze wybiera najsłabszą antylopę, odgania od stada i przegryza jej smukłe gardło, gdzieś w krzakach niesforności.
Ona się broni jeszcze, chociaż to już tylko agonalne podrygiwania.
Nic się od dzisiaj nie zgadza – terminy, spotkania, plany, polecenia, kursy, obrusy, wagi i nieważkości, harmonogramy i programy, damy i nie-damy, mamy..i bez mamy. Staje wszystko na czole.
“Człowiek idzie przez teraźniejszość z zawiązanymi oczyma. Może jedynie przeczuwać i odgadywać, co włąściwie przeżywa. Dopiero później odwiązuje mu się chusteczkę z oczu, a on spojrzawszy w przeszłość, stwierdza, co przeżył i jaki to miało sens”.
Cytat ten pochodzi ze ‘Śmiesznych miłości’ Kundery.
Spoglądam więc przez ramię, za siebie, wedle zaleceń i stwierdzam…
Znowu o niczym..?
“Polowanie na druhny” to nie jest jakaś zachwycająca fabułą czy oryginalnym dowcipem komedia, to może nawet nie jest komedia.
Ulokowana została w kategorii ‘komedia romantyczna’.
A jakby się nimi, wieloma, wzruszającymi nie zachwycać, każdą buduje ten sam rdzeń fabularny. Wielki życiowy przypadek, wielkie życiowe nieszczęście, wielka życiowa zabawa, wielka życiowa naiwność i od wielkich do mniejszych można wymieniać, w jaki sposób bohaterowie się poznają.
Potem się lubią albo nie lubią, łudzą albo kłócą, i czekają na tę miłość co im cel w życiu wyznaczy. I ta miłość przychodzi, jak na złość w nieodpowiedniej życiowej konstelacji.
Tu następuje załamanie akcji. Albo wychodzą na jaw wielkie życiowe rozterki, albo wielkie życiowe kłamstwa, albo niewinne kłamstewka, którym rośnie ranga w toku akcji do wielkich i życiowych.
Po kryzysie, który stanowi o tym na ile taka komedia jest refleksyjna i wartościowa dla wnętrzności, czy też wnętrza przypełza happy end – w wolnym tłumaczeniu: wielkie szczęśliwe zakończenie życia filmowych bohaterów.
Rozgadałam się niepotrzebnie. Jedyne co chciałam osiągnąć, to to, że “Polowanie na druhny” niczym od schematu się nie różni. Zdradzanie jakichkolwiek szczegółów to jak opowiedzenie całego filmu. Zakończenie jest znane z racji gatunku, więc cała przyjemność w oglądaniu.
I słuchaniu, bo pojawia się tam piosenka ‘Sparks’ Coldplay’a
O niczym
Wena się powoli kończy.
Trzeba się wybrać na poważne zakupy, dokupić trochę rozsądku, powściągliwości, pewności i węgla aktywnego.
Węgiel aktywny o smaku malinowym? Stoperan o smaku malinowym? Takie rzeczy to tylko w tym domu. Domu spłukanych…w przenośni i dosłownie.
Zapiski z domu spłukanych sprowadzają się ostatnimi czasy do tajnych list. Tym razem jest to lista postanowień, tych niedotrzymywanych nagminnie….wracać tu częściej, bywać tu obficiej, patrzeć jak śpią.
gołębie….coś niesamowitego, całe stado…
Całe pola wyścielone na biało, łuchu łacha..łuchuuu..łachaaaa…
Nie warto się wychylać. Ale tyle mądrości to mają ostrzeżenia w pociągach.
Rowijać się. Wytopić się z tej anabiozy..może pomoże..wiosna przemoże…
Off He Goes
Nie wiem. Właściwie to nie wiem co chcę napisać.
Po raz pierwszy sama.
Ja. Tu. Osobiście.
Nie wiem.
Wróciły kojące akordy.
Znowu jesteśmy w domu. Ukołysani wspomnieniami. Poszybowały chwile błękitne, dokąd? Nie wiem.
Jak zawsze lubię wszystko wiedzieć, tak koi mnie ta niewiedza. Uśmiecha się mrużąc zielone oko, zapewnia spojrzeniem głębokim, że będzie tak jak zawsze być powinno. Tylko jak być powinno?
Nie wiem.
Nie onieśmiela mnie to wcale, że nic dzisiaj nie wiem.
Wiatr smaga policzki, gwiazdy napełniają oczy blaskiem, po nici księżyca wędrują westchnienia, będą teraz napełniać wszechświat. Ten rozciągnięty między naszymi sprawami. Mikrokosmos wzruszeń, odkryć, pism formalnych, zalet i wad, napiętych planów, czasów wywołania reakcji barwnej, uczuć mieszanych i wstrząśniętych.
I słów mogło by paść jeszcze wiele, ale są one tylko moje, nieprzetłumaczalne na żaden znany mi język. Przepływają jak fala.
Dźwiękowa.
Ta konkretnie:
And before his first step, he’s off again…
21 dni
Bywają takie dni, które z premedytacją przeznacza się na wykonywanie określonej czynności.
Wstaje taki dzień rano, i mówi: “Dzień dobry bardzo! A dzisiaj poświęcimy się nauce”.
Zagania cię do kuchni, wylewa naprędce owsiankę za pidżamę, okręca nerwowo w kółko w podomowe fatałaszki, chlapie zimną wodą w łazience, sadza na nieprzyjemnym kocu wełnianym i w jedną rękę wpycha maczetę, w drugą zaś - zeszyt z cudzymi notatkami. Stoi potem nad tobą niczym strażnik z FoxRiver i monitoruje okiem chylącym się ku zachodowi postępy, w przedzieraniu się przez gąszcze obcej kaligrafii.
Albo wstaje taki dzień, tylko nie ten, a inny, i mówi: “Witojcie! Cieszcie się bo wrócą! Smutki wasze wrócą! Z głębin strefy czasu zachodnioeuropejskiego wypłyną na wierzch.”
Przeciera wam oczy, i raz, i drugi, aż wytrze zieleń z tęczówki razem z niedowierzaniem.
Bo to prawda jest najprawdziwsza! Od najstarszych australijskich autochtonów zasłyszana: ’smutek jest jak bumerang – gdziekolwiek byś go nie wyrzucił, zawsze wraca.’
Każdy Smutek.
Tańczy więc dzień, drobi kroczkami po brudnym parkiecie, rozciąga się w uśmiechu, wpycha cię w objęcia najbliżej stojącego mebla, chwyta w euforii okarynę i każe dąć ile tchu!
Niech radości prostej nie będzie końca!
Te dni to często dimery. Miewają dwa maksima aktywności szczęścia względem twojej osoby. Drugi przychodzi wieczorem, kiedy emocje po pierwszym stają się tęsknotą. Trzeszczy wtedy w słuchawkę, że wino trzeba kupić, bo podniosły się nasze kwalifikacje i sięgamy szczytu swych możliwości.
Z dimerami radości prostej nigdy się nie dyskutuje!
A są też takie dni, które nic nie mówią. Nie budzą cię wcale. Drętwieją gdzieś obojętne. Palą mentole na mrozie. Szwędają się po swoich demonach. Uprawiają życiową grafomanię podszytą nutami. Tracą siebie odrywając puste chwile z materii czasu. Piją luminal na dobrą noc, na wieczną dobrą noc. Takowych niech będzie jak najmniej, bo nigdy nie wiadomo, który okaże się ostatnim.
I jest dzisiaj. Nastrojowo i świetliście.
Provided by Sylvia. Read words as raindrops. Lublin by night.
